Home > Pod lupą > TDS – nie taki straszny!

TDS – nie taki straszny!

tds

Dziś chciałbym poruszyć dość ciekawy dla mnie temat. Jak wiadomo istnieją modele mniej lub bardziej poważane. Przede wszystkim owiane legendami i mitami, które to powtarzane między ludźmi w pewnym momencie stają się czymś co później przyjmowane jest jako coś naturalnego. Doskonałym przykładem konstrukcji, która utonęła pośród powtarzanych mitów jest silnik BMW oznaczony jako M51D25 – bardziej znany jako 2,5 TDS. Niezaprzeczalnie uznawany za jedną z najbardziej awaryjnych jednostek w historii BMW. Pewne jest to, że jeżeli zapytacie kogoś obeznanego w temacie to na pewno powie Wam – NIE KUPUJ TDS’a ! Jako że jeździłem przeszło kilka lat za kierownicą BMW E34 2,5 TDS myślę, że to dobry moment, aby znając część blasków i cieni TDS’a napisać kilka słów. Ale od początku…

 

1044878_345119562257725_2041589593_n

 

 

Przed zakupem słyszałem trochę o TDSie, ale nie były to wiadomości, które miały mnie jakość szczególnie odstraszyć. Można uznać, że mój egzemplarz był dość zdrowy pod względem technicznym i jeździła nią osoba, której diesle nie są obce. Jako, że było to moje pierwsze BMW muszę przyznać, że byłem nim naprawdę zachwycony. Równa jak na diesla praca 6 cylindrowego silnika była jak dobra kołysanka. Sprawiała, że szybowałem nim w każdej wolnej chwili. Jako że trafiła mi się naprawdę zdrowa jednostka, więc można uznać, że moje E34 przyzwoicie przyśpieszało i nie dało mi powodów, abym był nawet na nie zły. Tak więc stałem się szczęśliwym posiadaczem BMW E34 2,5 TDS. Jak widać nic nie zwiastowało jakiejkolwiek katastrofy. Muszę przyznać… Która nigdy nie nastąpiła. Wysoki moment obrotowy sprawił, że przejażdżki, szczególnie zimą ukazywały  mi smutną prawdę na temat tego jak mało wiem na temat prowadzenia tylnonapędowego samochodu. Być może moc nie była jakaś powalająca, ale istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, że mój TDS trzymał, bądź był bardzo zbliżony do seryjnych osiągów. ( nie interesowałem się tym wtedy na tyle, aby to weryfikować na rolkach ) Gdy okres zachwytu i poznawania możliwości tylnego napędu minął i mogłem zacząć w sposób naturalny zniknąć w czeluściach codziennego ruchu drogowego przyszedł czas na refleksję. Wnioski były i są następujące.

893421_323179257785089_1330560680_o

 

W miarę wzrastania mojej świadomości na temat tego co posiadałem jedna rzecz spędzała mi sen z powiek. Bałem się awarii uszczelki pod głowicą. Mój TDS pomimo przebiegu ponad 300.000 km nie miał za sobą żadnego większego remontu silnika. Dlatego też myśl o niebieskim dymie wydobywającym się z czeluści układu wydechowego nie dawała mi spokoju. Jednak podczas wbijania kolejnych dziesiątek tysięcy kilometrów nic takiego się nie stało. Poza tym jak już wspominałem, TDS nigdy mnie nie zawiódł. Zawsze palił na przysłowiowy dotyk. Nawet gdy przez kilka dni był przysypany śniegiem przy temperaturze grubo minus dwadzieścia.  Nie odnotowałem też problemów związanych z wtryskami, czy pompą wtryskową. A z politowaniem czytałem tematy na łamach wszelakich for internetowych związanych z motoryzacją. Moim skromnym zdaniem wynikało to z jednej prostej rzeczy, która po wszystkim uderzyła mnie w głowę niczym kowadło spadające na kreskówkowego Kojota, bohatera jednej z bajek, które oglądałem w dzieciństwie. Mianowicie, TDS’a NIE MOŻNA traktować jak bezobsługowy traktor. Już nie wspominając o podstawowym BHP użytkowania diesla. Ludzie często są zdania, że póki nic się nie dzieje to można po prostu lać paliwo, robić kilometry i niczym się nie przejmować. Moim zdaniem starych aut trzeba przede wszystkim słuchać i interesować się nimi. Aby w porę zapobiegać wszelkim awariom. Inaczej gdy w porę nie usłyszymy cichego wołania o pomoc, delikatnie falujących obrotów, problemów z odpalaniem, niepokojących dźwięków, czy większej niż zwykle ilości dymu to może już być za późno.

317474_325497110886637_1540520878_n

 

 

 

Zawsze słuchałem tego co „Rita” (taki przydomek zyskał wtedy mój samochód) ma mi do powiedzenia podczas porannego wyjazdu z hali garażowej. Tankowałem tylko sprawdzone paliwo na sprawdzonych koncernowych stacjach. Nigdy nie uświadczyła długiego braku wymiany oleju czy filtrów. Żyliśmy sobie tak po prostu w symbiozie. W efekcie nigdy nie regenerowana turbina nie kaszlała olejem, a typowa Turbo Dziura nie przypominała krateru na Marsie. Wbrew pozorom „Rita” dała mi dużo frajdy i naprawdę dużo nauczyła. Dieslowe BHP o którym wspominałem stało się czymś naturalnym co jak myślę zaowocowało tym, że poznałem TDSy inaczej niż wszyscy. Otóż zawsze starałem się odrobinę rozgrzać samochód przed ruszeniem, nigdy nie gasiłem swojego Diesla „od razu” po zatrzymaniu ( wbrew pozorom nie dla wszystkich jest to takie oczywiste) i naturalnie korzystałem z mocy adekwatnie do temperatury silnika. Od czasu do czasu potrafiłem przegonić E34, aby odetchnęło pełną piersią, by uniknąć efektu, który nazywam „zamuleniem Diesla”. Nazywam tak sytuacje, gdy kierowca jeździ swoim samochodem na tyle spokojnie, że ten nie ma nigdy możliwości wkręcenia się na nieco wyższe niż zwykle obroty, czy osiągnięcia nieco wyższej prędkości ( oczywiście na „niemieckiej autostradzie” ). Dany samochód, gdy ma okazję przejechać się nim ktoś inny to sprawia wrażenie zblokowanego- nieco zamulonego. Jakby brakowało mu mocy. Staje się wtedy zwykłym astmatycznym dieslem. Mówiąc „przegonić” nie mam tutaj na myśli zwykłego pałowania silnika do odcięcia jak to zwykli czynić niektórzy młodzieńcy pod lokalnymi klubami dyskotekowymi. Mam na myśli rozsądną przejażdżkę z nieco bardziej agresywną manierą niż zwykle. Wszystkie te drobne szczegóły spowodowały to, że bardzo dobrze wspominam moje E34 i wciąż dziwię się skąd tyle negatywnych opinii na ich temat. Ale może wynika to z czegoś innego niż mi się wydaje.

 

10187_320011821435166_1301281319_n

 

 

 

Podsumowując, uważam 2,5 TDS za bardzo rozsądną i przemyślaną konstrukcję. Bardzo dobrze go wspominam i z pewnością  gdybym mógł cofnąć czas kupiłbym go jeszcze raz. Zdecydowałem się go wymienić jedynie dlatego, że poczułem potrzebę zrobienia kroku w przód. Przesiadki na nieco bardziej agresywne auto. Tak rozpoczęła się historia mojego 328i, ale o tym innym razem. Najważniejsze jest to co chciałbym przekazać podsumowując ten nieco nostalgiczny wpis. Przede wszystkim należy się kierować zasadą „jak dbasz- tak masz”. Nie dawać wiary wszystkim legendom i mitom na temat danego samochodu / silnika. Jeśli tylko możemy sobie na to pozwolić  to warto czasem dać szansę nieco skrzywdzonym przez historię konstrukcjom. Czego niepodważalnym przykładem jest TDS. Ta jednostka to nic strasznego jeżeli tylko zachowa się zdrowy rozsądek. To prawda, że trzeba mieć na nią nieco więcej uwagi. Ale za to odwdzięcza się radosnym basowym pomrukiwaniem, rozsądnym spalaniem ( jak na taką pojemność ) i dużą elastycznością. Moje E34 pewnie zostało by ze mną, gdyby nie stan blacharki, który okazał się gorszy niż zakładałem. „Rita” na pewno zostałaby ze mną, gdyby w tej jednej kwestii było inaczej.  Jeżeli zatem usłyszę kogoś narzekającego na ten silnik zadam mu tylko jedno pytanie. A jak o niego dbałeś?

Podobne wpisy
A cóż to się wydarzyło, że mnie znów nie było…
Dni M Performance w Bawaria Motors Gdańsk
Oktanowy Konkurs I : – WYNIKI!
Oktanowy Konkurs I – do wygrania kubki termiczne BMW

One Pingback/Trackback

  • G1 ROCK

    Święta prawda…. Trudno sie z Tobą nie zgodzić. Jeździłem od 2000 do 2002 roku e36 z tym silnikiem i cały czas dobrze wspominam właśnie elastyczność, dobre osiągi i dość długie przerwy pomiędzy kolejnymi tankowaniami.

    • Ramox

      Wiadomo to nie motor o zacięciu stricte sportowym, ale zdrowy TDS może czasem zaskoczyć. 🙂

  • Pingback: #bmwstories Jestem jednym z milionów kierowców...()

Ta strona używa plików cookies (ang. ciasteczka). Możesz je wyłączyć w ustawieniach przeglądarki.
więcej o cookies
Ok