Home > Life Style > Lubię kawę mętną, pełną emocji

Lubię kawę mętną, pełną emocji

kawę która wyraża więcej niż tysiąc słów.

Widzicie są takie dni, kiedy to pomimo zaskakująco motywującej pogody człowiek ma ochotę wychylić nos i po prostu zamknąć mordę. Najzwyczajniej w świecie pomilczeć sam ze sobą. Cieszyć się rześkim i nawet ciepławym porankiem. Wpatrywać się w rozświetlone nieśmiałymi promieniami słońca otoczenie, które przez kilka ostatnich miesięcy było szczelnie okryte jesienno-zimową szarówką.

Taka wiosna pod koniec lutego. Poważnie.

Kiedy tylko mam taką możliwość i warunki są sprzyjające to mam w zwyczaju przyjechać do pracy nieco wcześniej, rozsiąść się przy pobliskim ogrodowym stole i delektować się właśnie w milczeniu przygotowaną bez pośpiechu kawą. Bo nawet najzwyklejsza sypana kawa z najzwyklejszego sklepu może być arcydziełem, które sprawi, że do końca dnia będziemy latać jak dobrze naoliwiony ruski wentylator. Sztuczka polega na tym, aby z przygotowania jej uczynić mały rytuał. Nadać odrobinę mistycyzmu. Ja przyrządzam ją w następujący sposób.

Do regularnego porcelanowego kubka wsypuje około trzech i pół kawy sypanej. Na rynku istnieją różne marki. Toleruję niemal wszystkie oprócz dwóch. Najtańszych z hipermarketu i tej, którą niegdyś reklamował sam „powiedzcie, że z pół-playbacku śpiewał” Ryszard Rynkowski. Następnie, gdy woda już się przegotuje to nigdy, ale to przenigdy nie zalewam kawy wodą, która jeszcze wrze, mogąc spowodować bulgotanie w kubku. Jeśli tak się zdarzy to całość jest dla mnie do spuszczenia w kiblu. Po prostu cały smak idzie wtedy się kochać w bliżej nieokreślonych okolicznościach. Drugim przypadkiem, który może zdyskredytować wspaniały napój jakim jest poranna kawa to pozostawiona przed zalaniem łyżeczka. Nigdy nie zalewaj łyżeczki w kubku! Zazwyczaj zalewam około 3/4 objętości kubka i pozwalam, aby w ten sposób powstała esencja przegryzła się nieco i zaparzyła przez kilka minut. Następnie triumfalnie uzupełniam pozostałą 1/4 część objętości kubka zimną wodą i wtedy dopiero pozwalam sobie zamieszać kawę. Zimna woda pozwala ochłodzić nieco całość i w mojej osobistej opinii wyciągnąć nieco smak esencji na wierzch. Tak przygotowaną kawę można zacząć pić.

Rozciągając każdy łyk odnoszę wrażenie jakbym stawał obok siebie i spoglądał na rzeczywistość z nieco innej perspektywy. Nie jestem teraz uczestnikiem zdarzeń, ale zupełnie niezwiązanym obserwatorem. Podmiotem lirycznym i narratorem. Mogę wszystko co wydarzyło się w ostatnim czasie rozłożyć na części pierwsze i bez stresu przeanalizować.  Wszystko po to, aby w codziennej agonii złapać oddech. Pomyśleć przyszłości. Zaplanować kolejne ruchy. Co prawda nie zawsze rozsądne i obiektywnie odpowiedzialne, ale zawsze własne. Zwykle dopijając ostatni łyk już wiem co będę robił za chwilę i co będę robił za tydzień, czy miesiąc. Bo widzicie…. przez dobrze zaparzoną kawę można podróżować w czasie.

🙂

 

Podobne wpisy
Jak wygląda garaż marzeń?
Każdy czasem trochę przestaje wierzyć
Każdy chciał być kiedyś dorosły
Automat, czy faktycznie taki straszny?
Ta strona używa plików cookies (ang. ciasteczka). Możesz je wyłączyć w ustawieniach przeglądarki.
więcej o cookies
Ok