Home > Motoryzacja > Akt pierwszy tragedii: Wjechał we mnie…

Akt pierwszy tragedii: Wjechał we mnie…

 

Niestety zdarzyła się sytuacja patowa. 26.05.2014 wracając spokojnie z pracy wydarzyła się następująca sytuacja:
Jadąc drogą z pierwszeństwem poczułem szarpnięcie samochodem. Okazało się, że kierowca wściekło czerwonej Hondy Civic 1.5 LPG Power uderzył w mój samochód, gdyż według jego wyjaśnień nie widział mnie, ponieważ byłem w jego martwym polu. Co kurwa?! – pomyślałem. Jak to jest, że korzystając z tego skrzyżowania tysiące razy w różnych konfiguracjach i także będąc w tym samym położeniu co on nigdy nie miałem problemów z włączeniem się do ruchu. Czasem trzeba było poczekać mniej niż minutę na dogodny moment, ale to wszystko. Ale jak się okazało 18- letni „kierowca” z bogatym kilkumiesięcznym doświadczeniem, ma chyba martwe pole zamiast mózgu. Gdyż gdyby poczekał dosłownie 3 ( słownie: trzy) sekundy wyjechałby spokojnie i nie byłoby całej sytuacji.

Pogodziłem się z faktem, że mój samochód będzie „robiony”, chociaż nie miał wcześniej takich przygód. Włożyłem w niego masę pieniędzy, czasu i przede wszystkim własnej pracy. Dwóch ostatnich nikt mi nie odda. Ale cóż. Los bywa złośliwy. Jako, że wystraszone chłopięcie nie wiedziało co ze sobą zrobić, poprosiłem o to aby wypisał mi oświadczenie o winie. To był mój błąd. Mogłem wzywać policję i szczyl dostałby mandat i punkty. Ale człowiek chciał być dla dziecka dobry. Bo widział, że zestresowane i w ogóle… Udokumentowałem w miarę możliwości zniszczenia obu pojazdów oraz miejsce zdarzenia. Po wypisaniu stosownego oświadczenia puściłem dziecko do domu i udałem się do oddalonego nieopodal domu mojej lubej. Wściekły zadzwoniłem na infolinię, starając się ograniczyć emocje w miarę możliwości, bo przecież dziewczę obrabiające kabel po drugiej stronie… WRÓĆ -> obsługujące linię zgłaszania szkód szybko i profesjonalnie doprowadziło mnie powrotnie na granicę zdenerwowania.

Pierwsza rozmowa telefoniczna

Dołożyłem wszelkich możliwych starań jako człowiek rozumny, aby nakreślić Księżniczce Pierwszej na czym polega problem. Niestety biedactwo nie było w stanie w sposób rzeczowy przyjąć do wiadomości na czym polega szkoda i jakiego samochodu dotyczy. Omal nie zrobiła z mojego sportowego Coupe rodzinnego Sedana. To najmniejszy problem. Na wyraźne pytanie o co się mogę starać nie odpowiedziała ani razu w sposób rzetelny i wyczerpujący temat. O wielu rzeczach musiałem dowiadywać się na własną rękę, będąc skrajnie wkurwionym. Świetnie próbowała jednak przekonać mnie, abym wybrał formę wypłaty odszkodowania na konto. I oczywiśce dając do zrozumienia, że wysokość odszkodowania zależy od Pana Henia, który pewnie nie rozróżnia innych samochodów niż Polonez Caro i Fiat 125p. Po 10 minutach tłumaczenia, że interesuje mnie wariant bezgotówkowy w wybranym przeze mnie serwisie, ponieważ mój samochód, pomimo tego, że swoje lata ma, jest egzemplarzem wyróżniającym się stanem na tle szrotu sprowadzonego od Helmuta. W krótkich żołnierskich słowach próbowałem wyjaśnić, że zależy mi na tym, aby auto było naprawione zgodnie ze sztuką, a nie Pan Gieniu ( kolega Pana Henia posiadający komunistyczną szopę z tablicą USŁUGI BLACHARSKO-LAKIERNICZE Eugeniusz Chwast ) trochę przypolerował poklepał młotkiem i nawalił 20kg szpachli. Po kolejnych kilku minutach walki narzuciłem znane mi dobrze z jakości wykonywanych usług ASO. Księżniczce Pierwszej naprawdę trudno było zrozumieć, że jestem POSZKODOWANYM i chcę by mi zrekompensowano szkodę. Kogo oni tam zatrudniają? Chyba to forma awansu z kasy w osiedlowym monopolowym. Nie będę tego komentował, bo jeszcze okaże się to prawdą. Dowiedziałem się, że w ciągu trzech dni odezwie się Pan Heniu celem wyceny strat. No to czekam.

Mail z cyklu „Janusze Biznesu”

Po trzech dniach napisał do mnie Pan Heniu, o tym co muszę mu dosłać i najlepiej żebym od razu podał numer konta do wypłaty. No przecież Pan Heniu nie potrafi czytać ze zrozumieniem, albo Księżniczka Pierwsza olała moją prośbę o wariant bezgotówkowy oraz o przekazanie informacji gdzie auto będzie można obejrzeć. Zignorowałem tę uwłaczającą ludzkiej percepcji wiadomość i postanowiłem jeszcze tego samego dnia oddać sprawę w ręce wspomnianego ASO oddając im do dyspozycji szereg upoważnień i papierów. Chwała serwisowi za to, że trafiłem na rozsądnych i ogarniętych ludzi. Z resztą niczego innego się nie spodziewałem od ASO.
Przekazałem sprawę odpowiedniemu człowiekowi jednak ostrzeżono mnie, że sprawca może się wyprzeć spowodowania kolizji z jego winy i nie podpisać kwitów, które przyśle mu PZU. Na szczęście jego miejsce bytowania i pobierania nauki jest mi dobrze znane. Odszedłem więc w swoją stronę piechotą.

Dzwoni Pan Heniu…

Po ośmiu dniach oczekiwania odezwał się Pan Heniu. Zadzwonił z radosną informacją, że dziś to on nie ma czasu i może jutro będzie miał czas, aby auto obejrzeć. Oczywiście potrzebował dokładnych instrukcji gdzie takowe znajdzie. Bo przeciez nikogo o tym 5 razy nie informowałem. Tylko mi się przyśniło. Był tak przejęty, że zapomniał się przedstawić i przywitać. Ale chuj. W niepamięć. Poinformowałem go gorzko, że reprezentuje mnie ASO i podałem dane kontaktowe do odpowiedniego człowieka. Musiałem go także poinstruować w jakich godzinach może auto zobaczyć.

Auto zastępcze? Ale po co?

Wkurwiony tym, że jestem już tydzień roboczy bez samochodu, zadzwoniłem do Księżniczki Drugiej z radosnym pytaniem, jak to u nich jest. Tak jak Księzniczka Pierwsza, miała problem z użyczeniem mi jakichkolwiek wyczerpujących informacji. Po kilkunastu minutach batalii udało mi się ustalić, że Księżniczka Druga musi wystosować podanie do Andrzeja-Likwidatora ( nazwijmy go andzej), czy aby na pewno samochód zastępczy mi się należy, bo jeżeli nie potrzebuję go działalności gospodarczej to raczej będzie ciężko. Zatopiliśmy się wgłąb bezsensownej ankiety i śmiesznych żałosnych oświadczeń i otrzymałem informację, że rozpatrzenie zajmie jeden dzień roboczy. Więc czekam na informację…

No i tak czekam…

No i tak czekam bez auta na łaskę kurw z tego burdelu. W normalnym świecie powinni lizać mnie po jajach i ułatwić mi życie jak tylko to możliwe. Tymczasem będąc poszkodowanym jestem traktowany jak śmieć, który chce coś od ich cudownej korporacji pełnej molochu chwalącej się rekordowymi przychodami na wyjebywaniu w dupę ludzi, którzy po prostu chcieliby, aby ta wspaniała organizacja spełniała swoje statutowe cele i trzymała się narzucanych samej sobie terminów. Szkoda gadać. Nie ukrywając powinni zająć się sprawą od razu, a auto zastępcze nalezy mi się jak psu micha. Bo przecież dlaczego mam cierpieć, z powodu, że jakiś szczyl posiadający kilka miechów prawo jazdy rozwalił mi samochód? Poza tym nie jest dla mnie zrozumiałe po jaki chuj, mają licznik dni od szkody na swoim internetowym portalu? Żeby człowieka przybić, ile już się z nimi żre?

PS: Wybaczcie niekiedy wulgarny język jednak musiałem jakoś upuścić nieco złości.

Przeczytaj także kolejne części:

Akt Drugi Tragedii – wjechał we mnie

Akt Trzeci Tragedii – wjechał we mnie

Podobne wpisy
Dni M Performance w Bawaria Motors Gdańsk
Spontaniczny relaks na targach Auto Moto Arena 2015
Niechciana przygoda z BRE Ubezpieczenia cz.1
Otwarcie sezonu z BMW Trójmiasto

4 Pingbacks/Trackbacks

  • Pingback: Akt Drugi Tragedii: Wjechał we mnie… | www.wirujaceoktany.pl()

  • Pingback: Felieton o zapachu wnętrza - www.wirujaceoktany.pl()

  • Rozumiem wkurwienie, ale wyśmiewanie LPG w aucie jest trochę nie na miejscu 😉 Ale ogólnie to szczerzę współczuję 🙁

    • Oczywiście masz tu dużo racji. Notki na temat tego zdarzenia, były w większości pisane pod dużym wpływem emocji. Jednakże, że blog ma taką osobistą formę to często daleko mi do „poprawności politycznej”. Dodać muszę, że jestem przeciwnikiem instalacji LPG oprócz sytuacji, gdy ma to realne przełożenie na wydatki na paliwo. Poruszę ten temat w którymś z nowych wpisów, aby nadać moim poglądom bardziej namacalne kształty. W krótkim przykładzie na potrzeby tego komentarza założę taką hipotetyczną sytuację. Gdy robisz miesięcznie kilkaset kilometrów, to dla mnie zaoszczędzone przykładowo 100 zł ( nie liczyłem dokładnie, tylko hipotetycznie dywaguję ) to żadna oszczędność, bo 100 zł nie zostanie w Twoim portfelu, tylko zaraz gdzieś się rozpłynie. A warto byłoby przekalkulować, czy w skali roku nie kosztuje Cię więcej sensowne utrzymanie instalacji. Bo zakładam, że „gazownikiem” jest człowiek, który nie przekładał instalacji z auta szwagra do swojego w szopie. 🙂

      A gazowanie dużych silników, to zupełnie inna historia… Bo moim zdaniem – nie urażając nikogo – bezsensowne jest kupowanie auta z dużym silnikiem i zakładanie do niego gazu. Bo albo Cię stać, na duży silnik, albo go nie kupujesz.

      Dziękuję za ciekawy komentarz 🙂

  • Pingback: Cała prawda o rzucaniu palenia - Wirujące Oktany()

  • Pingback: Niechciana przygoda z BRE Ubezpieczenia cz.1()

Ta strona używa plików cookies (ang. ciasteczka). Możesz je wyłączyć w ustawieniach przeglądarki.
więcej o cookies
Ok